środa, 23 listopada 2016

Nie zawsze idealnie - czyli to, co przeszkadza nam w Kanadzie.

Jesienna słoneczna pogoda dobiega końca. Zimno już jest. Dziś temperatura w okolicach zera, szare niebo i gołe gałęzie drzew. Nie nastraja pozytywnie. To sobie ponarzekam dziś dla odmiany.
Tak sobie pomyślałam, ze może mało piszę o tym, co tu nas denerwuje, z czym nie możemy się oswoić, co nas ciągle negatywnie zadziwia - a trochę tego jest. Kanada z pewnością nie jest krajem bez skazy. Jest niesamowicie dużo rzeczy, które nas zachwycają swoją prostotą i praktycznością, ale te negatywy też nie dają o sobie zapomnieć.


1. Droga opieka weterynaryjna.

Nawet bardzo droga. Jak już pisałam, jesteśmy tu z trzema kotami. Koty jak wiadomo, czasami się psują. Zwłaszcza jeden się psuje - taki jego koci urok. Samo postawienie kota na stole weterynaryjnym to koszt w naszej miejscowości w okolicach $85. W tej cenie mamy "badanie przez macanie", temperaturę, ważenie i tętno. Wszystko co ponad to, to dodatkowe koszty, które później dostaniemy ładnie rozpisane na rachunku. Liczą za każdy zużyty wacik, patyczek i plasterek. Ba! nawet napiszą Ci na rachunku, ile centymetrów bandaża zużyto! A Ty płać... Choćby ostatnio, naszej kotce zdarza się mieć zapalenie pęcherza - koszt z medykamentami - $270 za jedną wizytę. Fakt, że zwykle gabinety są wyposażone bardzo dobrze - na miejscu zrobią Ci od ręki wszelkie badania, USG, RTG i inne takie.
I te zdziwienie veta, kiedy widzi moje zdziwienie na cenę i pytanie, czy te zaproponowane badania to konieczne są, bo wie pan, $500 to trochę sporo na nasz budżet, tym bardziej, że gwarancji żadnej nie mam, ze akurat te badania coś wykażą...


2. Sekretarki...

Te automatyczne. Bardzo powszechne tu jest zostawianie wiadomości na sekretarkach już za pierwszym razem. Denerwuje mnie to bardzo, bo czasami zwyczajnie nie zdążę dobiec do telefonu i bach! Czeka mnie odsłuchiwanie i zapisywanie numeru telefonu, zwykle z jakimś przekierowaniem jeszcze, by móc się dodzwonić. Jakby nie było można zadzwonić za 5 minut...


3. Menu multi - opcja i gadanie do maszyny.

Och, to moja udręka - gdziekolwiek chciałabym się dodzwonić - czy to do szkoły syna, lekarza, czy na infolinię dostawcy prądu, mam zwykle w pierwszym rzucie do wyboru ok. 3-4 opcji - ok, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. ALE po tych opcjach mam kolejne... i kolejne... i nierzadko kolejne... a to już potrafi człowieka z równowagi wyprowadzić, zwłaszcza, gdy chce coś na szybko. Mało tego, kilka razy zdarzyło mi się, że do człowieka, takiego żywego, i tak nie udało mi się dokopać, a jedynie do maszyny, z którą można sobie pokonwersować... nienawykłam. Widać, jakaś niedzisiejsza jestem coby z maszynerią gadać.


4. Opieka zdrowotna

To dłuuugi temat... dziś skupie się jednak tylko na tym, co mnie najbardziej uwiera. Głównie jest to możliwość, a raczej brak, zrobienia sobie na własną rękę, prostych badań medycznych typu morfologia czy kilka hormonów, których trzeba pilnować. Nie da się. Wszystko musi przejść przez family doctor. Żadne pieniądze tu nie pomogą, bo nawet wyników nie dostaniesz z laboratorium do ręki, a jedynie zostaną przesłane bezpośrednio do lekarza, więc i tak trzeba się pofatygować. To samo z wszystkimi ultrasound czy prześwietleniami. Wszystko idzie do twojego lekarza i z nim rozmawiaj - nikt ci nic nie powie. Jeśli pewnego dnia stwierdzisz, że przydałaby się wizyta u "kobiecego" lekarza, to i tak musisz przez FD, który zdecyduje, czy na pewno takiej wizyty potrzebujesz - to samo z pediatrą i innymi specjalnościami.
Druga sprawa to pobyt na tzw. Emergency w szpitalu. Mieliśmy niestety dwie okazje do skorzystania i za każdym razem, musieliśmy odczekać sporo. Za pierwszym razem, pobyt zamknął się w około 2 godzinach, natomiast drugi raz, gdzie było trzeba wykonywać dodatkowe badania (RTG), pobyt trwał ponad godzin 5. Narzekaliśmy w Polsce, a tu okazuje się, że wcale nie lepiej.


5. W imię poprawności i dobrego samopoczucia

W sumie sama nie wiem, jak to do końca opisać, by być dobrze zrozumianym. Posłużę się może przykładami z doświadczeń moich, męża i znajomych. Otóż, jest sobie firma, która korzysta z pomocy agencji pracy. Jak im kogoś trzeba, to telefon, cyk, i ktoś do pomocy jest. Czasami trzeba kogoś na dłużej. Agencja przysyła człowieka. Człowiekowi robota się zupełnie nie klei. Więcej straty niż pożytku. Co robi firma? Nikt nic nie mówi, że wiesz, może trochę szybciej, bardziej uważnie, pytaj najpierw, cokolwiek. O nie. Wszystko będzie "good good, keep going". Wieczorem telefon do agencji, ze temu człowiekowi już dziękujemy, chcemy innego. Nie wiem, jaki jest powód takiego traktowania - czegoś nie łapię. To takie trochę zamiatanie pod dywan - nie będziemy sobie robić kłopotu z poprawianiem ciebie i psuciem własnych dobrych humorów, bo możemy wziąć kogoś innego na twoje miejsce. Sama nie wiem, z czego to wynika.


6. Brak potwierdzeń, pieczątek...

Sama się dziwię, że mi tego brakuje. W Polsce przyzwyczaiłam się dość szybko, że na każdy oddany komuś papier, trzeba mieć potwierdzenie, jakąś pieczątkę czy cokolwiek. Tak samo z zawarciem umowy, choćby pracy. Tu owszem, czasami się dostaje - np. w przypadku wynajęcia mieszkania czy leasingu samochodu. W drobniejszych sprawach nie. Czasami można dostać coś na wyraźną prośbę. Niekiedy nawet umowy o prace są na zasadzie słownej (zwłaszcza part time) - i jakoś działa, choć ja długo do tego nie mogłam się przyzwyczaić


7. Krótkie urlopy

W Ontario przysługuje jedynie 10 dni urlopu, na który sami sobie odkładamy z naszej pensji 4% tzw. vacation pay. Malutko... bardzo. W porównaniu z Polską bladziutko to wypada. Plus taki, że jeśli mamy dobrego pracodawcę, to często mamy w bonusie kilka dni więcej, czasami też tzw. sick days. Wszystko zależy od tego gdzie pracujemy i jak dobrą mamy pracę. Fakt, że w Kanadzie mamy też sporo świąt, które są wolne od pracy a mimo to, mamy za nie płacone - wypadają głównie albo w piątek, albo w poniedziałek - jest to jakaś mała rekompensata. 


8. Przywileje dla kobiet w dwupaku.

Nie występują. W Polsce niemal oburzenie było, gdy ktoś kobiety w ciąży nie przepuścił w kolejce, tudzież miejsca w autobusie nie ustąpił. Tu takich rzeczy w ogóle się nie praktykuje - jak się dowiedziałam, w imię równości. Owszem, są miejsca priorytetowe w komunikacji miejskiej (dla ogólnie potrzebujących), czy miejsca parkingowe dedykowane dla rodzin z małymi dziećmi i kobiet w ciąży, ale to wszystko z tego co zauważyłam. Bo przecież, jak się pomylisz i ustąpisz miejsca kobiecie, która zwyczajnie się grochu z kapustą objadła i jej wywaliło brzuch, a ty jej przykrość zrobisz to co? Więc niech na wszelki wypadek stoi. No i stoi.


9. Wielu nas tu z różnych stron świata

I to w zasadzie plus. Ale ja dziś napiszę o minusach... . Do Kanady ludzie ściągają z każdego zakątka świata - co za tym idzie, niosą ze sobą swoje dziedzictwo kulturowe, przyzwyczajenia i akcent. I na tym ostatnim chciałabym się skupić. Niestety kilka razy zdarzyło mi się już, że dzwoniąc na infolinię odbierała osoba z silnym akcentem, przez który zwyczajnie nie dałam rady nic zrozumieć... no nie szło. Największy problem mam z osobami pochodzenia azjatyckiego (takimi świeżynkami w CA) i Hinduskiego. Duużo uwagi i skupienia ode mnie wymaga taka rozmowa - kilka razy musiałam powiedzieć, ze zadzwonię później... rozmowa nie miała sensu. 
Również, kiedy żyjemy z ludźmi z różnych kultur, trzeba być bardziej uważnym, na to co się mówi, a nawet na to, co się przynosi do jedzenia do pracy do tzw. "wspólnego stołu". Bo Hindusi - to wołowina odpada, Muzułmanie - wieprzowina, a jak jeszcze trafią się ortodoksyjni wyznawcy to mamy zabawę w jedzenie Halal i Koszerne, wielu ludzi w ogóle nie je mięsa od dziecka i tak dalej i dalej... i co do czego przychodzi, to się człowiekowi odechciewa. Z mojego doświadczenia najlepiej sprawdzają się potrawy wegetariańskie, bądź z kurczakiem. 
Ogólnie, to ja się bardzo cieszę, że przyszło mi żyć w takim środowisku, w jakim żyję, bo mam więcej korzyści - ale przypominam, dziś narzekam :)


10. Jedzenie

Ogólnie nie jest źle, ale do smaku tych kanadyjskich serów to się nie przyzwyczaję chyba nigdy. Na szczęście mamy w okolicy sporo polskich z dużym wyborem serów wszelkich i ogólnie nabiału, więc sobie radzimy.
To co na początku mnie frustrowało, to wielkie opakowania wszystkiego - masło - pół kilo, a co się na drobne rozmieniać! Tacka mięsa? 1,5 kilo. To nic, że potrzebujesz tylko dla jednej osoby... . Mąka? ze 3 kilo najmniej. I wychodzisz ze sklepu z 5 rzeczami, a rąk mało nie urywa od ciężaru. 
Teraz już ogarnęłam sklepy gdzie mogę kupić normalne ilości, więc nie ma problemu, ale co się nadźwigaliśmy to nasze.