środa, 23 listopada 2016

Nie zawsze idealnie - czyli to, co przeszkadza nam w Kanadzie.

Jesienna słoneczna pogoda dobiega końca. Zimno już jest. Dziś temperatura w okolicach zera, szare niebo i gołe gałęzie drzew. Nie nastraja pozytywnie. To sobie ponarzekam dziś dla odmiany.
Tak sobie pomyślałam, ze może mało piszę o tym, co tu nas denerwuje, z czym nie możemy się oswoić, co nas ciągle negatywnie zadziwia - a trochę tego jest. Kanada z pewnością nie jest krajem bez skazy. Jest niesamowicie dużo rzeczy, które nas zachwycają swoją prostotą i praktycznością, ale te negatywy też nie dają o sobie zapomnieć.


1. Droga opieka weterynaryjna.

Nawet bardzo droga. Jak już pisałam, jesteśmy tu z trzema kotami. Koty jak wiadomo, czasami się psują. Zwłaszcza jeden się psuje - taki jego koci urok. Samo postawienie kota na stole weterynaryjnym to koszt w naszej miejscowości w okolicach $85. W tej cenie mamy "badanie przez macanie", temperaturę, ważenie i tętno. Wszystko co ponad to, to dodatkowe koszty, które później dostaniemy ładnie rozpisane na rachunku. Liczą za każdy zużyty wacik, patyczek i plasterek. Ba! nawet napiszą Ci na rachunku, ile centymetrów bandaża zużyto! A Ty płać... Choćby ostatnio, naszej kotce zdarza się mieć zapalenie pęcherza - koszt z medykamentami - $270 za jedną wizytę. Fakt, że zwykle gabinety są wyposażone bardzo dobrze - na miejscu zrobią Ci od ręki wszelkie badania, USG, RTG i inne takie.
I te zdziwienie veta, kiedy widzi moje zdziwienie na cenę i pytanie, czy te zaproponowane badania to konieczne są, bo wie pan, $500 to trochę sporo na nasz budżet, tym bardziej, że gwarancji żadnej nie mam, ze akurat te badania coś wykażą...


2. Sekretarki...

Te automatyczne. Bardzo powszechne tu jest zostawianie wiadomości na sekretarkach już za pierwszym razem. Denerwuje mnie to bardzo, bo czasami zwyczajnie nie zdążę dobiec do telefonu i bach! Czeka mnie odsłuchiwanie i zapisywanie numeru telefonu, zwykle z jakimś przekierowaniem jeszcze, by móc się dodzwonić. Jakby nie było można zadzwonić za 5 minut...


3. Menu multi - opcja i gadanie do maszyny.

Och, to moja udręka - gdziekolwiek chciałabym się dodzwonić - czy to do szkoły syna, lekarza, czy na infolinię dostawcy prądu, mam zwykle w pierwszym rzucie do wyboru ok. 3-4 opcji - ok, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. ALE po tych opcjach mam kolejne... i kolejne... i nierzadko kolejne... a to już potrafi człowieka z równowagi wyprowadzić, zwłaszcza, gdy chce coś na szybko. Mało tego, kilka razy zdarzyło mi się, że do człowieka, takiego żywego, i tak nie udało mi się dokopać, a jedynie do maszyny, z którą można sobie pokonwersować... nienawykłam. Widać, jakaś niedzisiejsza jestem coby z maszynerią gadać.


4. Opieka zdrowotna

To dłuuugi temat... dziś skupie się jednak tylko na tym, co mnie najbardziej uwiera. Głównie jest to możliwość, a raczej brak, zrobienia sobie na własną rękę, prostych badań medycznych typu morfologia czy kilka hormonów, których trzeba pilnować. Nie da się. Wszystko musi przejść przez family doctor. Żadne pieniądze tu nie pomogą, bo nawet wyników nie dostaniesz z laboratorium do ręki, a jedynie zostaną przesłane bezpośrednio do lekarza, więc i tak trzeba się pofatygować. To samo z wszystkimi ultrasound czy prześwietleniami. Wszystko idzie do twojego lekarza i z nim rozmawiaj - nikt ci nic nie powie. Jeśli pewnego dnia stwierdzisz, że przydałaby się wizyta u "kobiecego" lekarza, to i tak musisz przez FD, który zdecyduje, czy na pewno takiej wizyty potrzebujesz - to samo z pediatrą i innymi specjalnościami.
Druga sprawa to pobyt na tzw. Emergency w szpitalu. Mieliśmy niestety dwie okazje do skorzystania i za każdym razem, musieliśmy odczekać sporo. Za pierwszym razem, pobyt zamknął się w około 2 godzinach, natomiast drugi raz, gdzie było trzeba wykonywać dodatkowe badania (RTG), pobyt trwał ponad godzin 5. Narzekaliśmy w Polsce, a tu okazuje się, że wcale nie lepiej.


5. W imię poprawności i dobrego samopoczucia

W sumie sama nie wiem, jak to do końca opisać, by być dobrze zrozumianym. Posłużę się może przykładami z doświadczeń moich, męża i znajomych. Otóż, jest sobie firma, która korzysta z pomocy agencji pracy. Jak im kogoś trzeba, to telefon, cyk, i ktoś do pomocy jest. Czasami trzeba kogoś na dłużej. Agencja przysyła człowieka. Człowiekowi robota się zupełnie nie klei. Więcej straty niż pożytku. Co robi firma? Nikt nic nie mówi, że wiesz, może trochę szybciej, bardziej uważnie, pytaj najpierw, cokolwiek. O nie. Wszystko będzie "good good, keep going". Wieczorem telefon do agencji, ze temu człowiekowi już dziękujemy, chcemy innego. Nie wiem, jaki jest powód takiego traktowania - czegoś nie łapię. To takie trochę zamiatanie pod dywan - nie będziemy sobie robić kłopotu z poprawianiem ciebie i psuciem własnych dobrych humorów, bo możemy wziąć kogoś innego na twoje miejsce. Sama nie wiem, z czego to wynika.


6. Brak potwierdzeń, pieczątek...

Sama się dziwię, że mi tego brakuje. W Polsce przyzwyczaiłam się dość szybko, że na każdy oddany komuś papier, trzeba mieć potwierdzenie, jakąś pieczątkę czy cokolwiek. Tak samo z zawarciem umowy, choćby pracy. Tu owszem, czasami się dostaje - np. w przypadku wynajęcia mieszkania czy leasingu samochodu. W drobniejszych sprawach nie. Czasami można dostać coś na wyraźną prośbę. Niekiedy nawet umowy o prace są na zasadzie słownej (zwłaszcza part time) - i jakoś działa, choć ja długo do tego nie mogłam się przyzwyczaić


7. Krótkie urlopy

W Ontario przysługuje jedynie 10 dni urlopu, na który sami sobie odkładamy z naszej pensji 4% tzw. vacation pay. Malutko... bardzo. W porównaniu z Polską bladziutko to wypada. Plus taki, że jeśli mamy dobrego pracodawcę, to często mamy w bonusie kilka dni więcej, czasami też tzw. sick days. Wszystko zależy od tego gdzie pracujemy i jak dobrą mamy pracę. Fakt, że w Kanadzie mamy też sporo świąt, które są wolne od pracy a mimo to, mamy za nie płacone - wypadają głównie albo w piątek, albo w poniedziałek - jest to jakaś mała rekompensata. 


8. Przywileje dla kobiet w dwupaku.

Nie występują. W Polsce niemal oburzenie było, gdy ktoś kobiety w ciąży nie przepuścił w kolejce, tudzież miejsca w autobusie nie ustąpił. Tu takich rzeczy w ogóle się nie praktykuje - jak się dowiedziałam, w imię równości. Owszem, są miejsca priorytetowe w komunikacji miejskiej (dla ogólnie potrzebujących), czy miejsca parkingowe dedykowane dla rodzin z małymi dziećmi i kobiet w ciąży, ale to wszystko z tego co zauważyłam. Bo przecież, jak się pomylisz i ustąpisz miejsca kobiecie, która zwyczajnie się grochu z kapustą objadła i jej wywaliło brzuch, a ty jej przykrość zrobisz to co? Więc niech na wszelki wypadek stoi. No i stoi.


9. Wielu nas tu z różnych stron świata

I to w zasadzie plus. Ale ja dziś napiszę o minusach... . Do Kanady ludzie ściągają z każdego zakątka świata - co za tym idzie, niosą ze sobą swoje dziedzictwo kulturowe, przyzwyczajenia i akcent. I na tym ostatnim chciałabym się skupić. Niestety kilka razy zdarzyło mi się już, że dzwoniąc na infolinię odbierała osoba z silnym akcentem, przez który zwyczajnie nie dałam rady nic zrozumieć... no nie szło. Największy problem mam z osobami pochodzenia azjatyckiego (takimi świeżynkami w CA) i Hinduskiego. Duużo uwagi i skupienia ode mnie wymaga taka rozmowa - kilka razy musiałam powiedzieć, ze zadzwonię później... rozmowa nie miała sensu. 
Również, kiedy żyjemy z ludźmi z różnych kultur, trzeba być bardziej uważnym, na to co się mówi, a nawet na to, co się przynosi do jedzenia do pracy do tzw. "wspólnego stołu". Bo Hindusi - to wołowina odpada, Muzułmanie - wieprzowina, a jak jeszcze trafią się ortodoksyjni wyznawcy to mamy zabawę w jedzenie Halal i Koszerne, wielu ludzi w ogóle nie je mięsa od dziecka i tak dalej i dalej... i co do czego przychodzi, to się człowiekowi odechciewa. Z mojego doświadczenia najlepiej sprawdzają się potrawy wegetariańskie, bądź z kurczakiem. 
Ogólnie, to ja się bardzo cieszę, że przyszło mi żyć w takim środowisku, w jakim żyję, bo mam więcej korzyści - ale przypominam, dziś narzekam :)


10. Jedzenie

Ogólnie nie jest źle, ale do smaku tych kanadyjskich serów to się nie przyzwyczaję chyba nigdy. Na szczęście mamy w okolicy sporo polskich z dużym wyborem serów wszelkich i ogólnie nabiału, więc sobie radzimy.
To co na początku mnie frustrowało, to wielkie opakowania wszystkiego - masło - pół kilo, a co się na drobne rozmieniać! Tacka mięsa? 1,5 kilo. To nic, że potrzebujesz tylko dla jednej osoby... . Mąka? ze 3 kilo najmniej. I wychodzisz ze sklepu z 5 rzeczami, a rąk mało nie urywa od ciężaru. 
Teraz już ogarnęłam sklepy gdzie mogę kupić normalne ilości, więc nie ma problemu, ale co się nadźwigaliśmy to nasze. 


niedziela, 2 października 2016

Płaca minimalna w górę!

Październik rozpoczął się oficjalnym podniesieniem minimalnej stawki za godzinę!
W ciągu naszego dwuletniego pobytu w Ontario to już druga podwyżka - startowaliśmy z $11/h, później było $11.25 a teraz dobiło do $11.40.

Dokładniejsza rozpiska minimalnej stawki godzinowej w Ontario znajduje się tu: Minimum wage


czwartek, 15 września 2016

Jesienią pachnie coraz wyraźniej... czas więc na nowy rok szkolny!

Trzecie lato w Kanadzie zostało wspomnieniem. Intensywne, gorące i pracowite przyniosło trochę zmian i nowych doświadczeń.
Z początkiem września zmieniliśmy adres - nadal w Burlington, ale już w 2 bedroom, więc bardziej komfortowo. To co wiąże się ze zmianą miejsca zamieszkania to również zmiana szkoły u Syna - myśleliśmy, kombinowaliśmy i cudowaliśmy co tu robić... w starej szkole Syn spędził 2 lata, więc więzi nawiązane, szkoła oswojona a tu znowu zmiany wprowadzać? Na tydzień przed rozpoczęciem szkoły zdecydowaliśmy się, że jednak tak. Nie do końca przekonani o słuszności decyzji odwiedziliśmy nową szkołę, krótka rozmowa co i jak, wypełnienie papierków (formularz dotyczący rodziców, dane osobowe), przedstawienie dokumentów (akt urodzenia, karta szczepień + potwierdzenie chrztu ze względu na szkołę katolicką) i gotowe. Z poprzednią szkołą nie musieliśmy już nic załatwiać - szkoły wymienią informację między sobą, więc problem transferu papierów odpada. W naszym przypadku Synowi przysługuje już school bus - tak, ten żółty, wielki autobus dowożący dzieci do szkół, które mieszkają w dalszych rejonach. 
Wygląda to tak, że szkoła sama po adresie już wie, które dzieci należy dowieźć (rodzice chętnie z tego korzystają, my także) i już o nic nie trzeba aplikować. Każdy region ma swoją stronkę internetową na której zamieszcza wszystkie nowości dotyczące transportu - trzeba założyć swój profil by móc sprawdzić konkretną trasę autobusu. 
W praktyce wygląda to tak, że rano jest wyznaczone miejsce zbiórki dla dzieci, podjeżdża autobus, dzieciaki ustawiają się w kolejce, wchodzą, wszyscy do siebie machają i dzieci odjeżdżają. Z powrotem wygląda to podobnie - dzieci muszą znać trasę (konkretny numer) autobusu do którego mają wsiąść w szkole i wiedzieć gdzie wysiąść - to samo miejsce z którego wsiadali. 
Martwią mnie tylko dwie rzeczy - w autobusach nie ma pasów bezpieczeństwa + brak opiekuna poza kierowcą. Teoretycznie kierowca sprawuje dwie funkcje w jednym ciele, ale osobiście wolałabym jednak kogoś dodatkowo. Plus taki, że dowóz jest darmowy.
Pierwszy tydzień to jeden wielki stres, jak ten nasz pierworodny się odnajdzie no i te autobusy... pierwszego dnia wrócił z wielkim czerwonym napisem na dłoni z numerem autobusu :) drugiego dnia już bez. Daje radę.
Syn na razie narzeka tylko, że nie ma już zabawek, że trzeba siedzieć w ławkach i słuchać pani. First Grade mój drogi :).

czwartek, 11 sierpnia 2016

Lato, a co z dziećmi?

Otóż to. Lato w pełni - wyjątkowo upalne w tym roku, szkoły puste a dla pracujących rodziców problem... . Jak go rozwiązują tutejsi rodziciele?
Kanadyjczycy całkiem pragmatyczni są i lubią proste rozwiązania. Byle działały.
Tak więc w każdym chyba mieście jest cała gama ofert dla dzieciaków, najczęściej od 5 roku życia, by ten wakacyjny czas jakoś zapełnić.
Większość muzeów, centrów sportowych czy bibliotek organizuje całodniowe tzw. summer day camp oferując opiekę i zajęcia dla dzieci. Jest także sporo punktów nastawionych na prowadzenie zajęć tanecznych, sportowych czy artystycznych, które w roku szkolnym oferują zajęcia pozaszkolne a w wakacje przestawiają się na zajęcia całodniowe.

Minusem takich zajęć są finanse. O ile znośne przy jednym dziecku, tak przy dwójce i więcej może być to już znaczne obciążenie dla budżetu rodzinnego.

Oferta jest dość rozległa, także pod względem kosztów.
Z tego co zaobserwowałam przeglądając różne programy dla naszego Syna, cena za pojedyncze zajęcia (jeden dzień, zwykle w godzinach 9 - 4), kształtuje się w granicach $30-$45. Za tydzień wychodzi zwykle nieco taniej, ale cena raczej nie spada poniżej $160. Zwykle jest to ok. $170 - $220.
Rodziny z niskim dochodem mogą starać się o dofinansowania campów, ale z tego co wiem, miejsc jest bardzo mało i należy robić to z duuużym wyprzedzeniem czasowym - w zasadzie zaraz po Nowym Roku.
Ważna rzecz - wyżywienie we własnym zakresie! Zwykle należy ze sobą zabrać 3 posiłki + coś do picia.

My w tym roku ze względu na to, że pracujemy oboje, wybraliśmy ofertę miejscowego muzeum Ireland House Muzeum: https://museumsofburlington.com/ireland-house/education/camps - w linku macie podany opis zajęć z wyszczególnieniem tygodniowym.

Niektórzy z Was pewnie w tym momencie zapytają "no tak, a dziadkowie, rodzina?". No tak, są... najczęściej albo jeszcze pracują albo... chodzą na własne zajęcia dedykowane seniorom! Rzadko spotykam się tu z całodniową opieką babć i dziadków nad swoimi wnukami. Jeśli już się zajmują, to bardziej na zasadzie odebrania ze szkoły, jednego wieczoru w miesiącu itp - raczej okazjonalnie.
Wynika to z kilku rzeczy - choćby takiej, że często tychże dziadków na miejscu zwyczajnie nie ma, bo albo są gdzieś rozrzuceni po świecie (rodziny emigranckie) albo są w innym mieście czy prowincji. Bardzo często widać tu starszych wiekiem ludzi, którzy przebywają we własnym gronie a nie z gromadką dzieci dookoła. Oczywiście nie oznacza to, że wnukami w ogóle się nie zajmują! Po prostu nie robią tego tak często jak się przyjęło to w Polsce - tu dziadkom daje się prawo do własnego życia i planu dnia.


niedziela, 10 lipca 2016

Casa Loma, Toronto

Niedzielę przeznaczyliśmy na wizytę w neogotyckim zamku Casa Loma, zbudowanym w latach 1911-1914. Właścicielem był nijaki Sir Henry Mill Pellatt wraz z małżonką Lady Mary Pellatt, który był finansistą i żołnierzem w służbie Korony Brytyjskiej.

W dniu dzisiejszym właścicielem budowli jest miasto - zrekonstruowane piękne ogrody, przepych wnętrz jak i ich nowoczesność na miarę ówczesnych lat przyciągają rzesze turystów.

Piękne hebanowe stajnie, winiarnia, wyposażenie łazienek, cieplarnia, czy widok z wież to jest to, dlaczego warto tam być.
Przy okazji pobytu można wziąć ślub w pięknej scenerii, posilić się w jednej z kilku restauracyjek czy zrobić pamiątkowe zakupy.

Przed wizytą sprawdźcie koniecznie rozkład koncertów w ogrodach!

Ceny biletów:
dzieci 4-13: $15
seniorzy/młodzież: $20
dorośli 18-59: $25

Dodatkowo należny doliczyć opłatę parkingową - $10

Polecam zacząć zwiedzanie razem z otwarciem - duuuużo chętnych...







































Toronto Zoo

Po wizycie w Casa Loma krótka przerwa na jedzenie i pojechaliśmy do zoo. Ładny dojazd autem, nieco na uboczu (możliwość dojazdu autobusem, jeśli ktoś sobie życzy), położony w zadrzewionej części Toronto ogromny obszar podzielony na sekcje tematyczne. Mamy więc zwierzęta wszystkich kontynentów, w tym dodatkowo wyodrębnione kanadyjskie, pochodzące z tundry i hit całego zoo - pandę.

Jak wspomniałam, obszar jest ogromny. Dla młodszych dzieci można za drobną opłatą wypożyczyć spacerówkę albo taki wózeczek do ciągnięcia za rączkę. Bardzo polecam, tym bardziej, że nie ma problemu z podjazdami czy zostawieniem gdzieś obok atrakcji.

Dużo miejsc przeznaczonych do odpoczynku - albo food corner albo picnic area, sporo ławeczek, co chwila toalety. Dobrze zorganizowane miejsce, na które my poświęciliśmy ponad 5 godzin - w tym jedna dłuższa przerwa na większy posiłek.

Zoo dysponuje sporą liczbą miejsc parkingowych, więc nie ma problemu - należy pamiętać jednak, by wychodząc z zoo opłacić owo miejsce, by móc wyjechać... my przegapiliśmy. Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale jedyną opcją było przejście przez cały ogromny parking do guest service, opłacenie i wzięcie potwierdzenia opłaty - wrzuca się je do skrzyneczki przed szlabanem. Na pociechę - nie byliśmy jedyni.

Porównując do zoo warszawskiego, to to co nam się najbardziej podobało, to o wiele lepsze wybiegi dla zwierząt - większe, lepiej zorganizowane i dla zwierzęcia i dla zwiedzających - przeszklone ekrany, podwyższenia i rampy. Również odnotowaliśmy brak charakterystycznego zapaszku - nie wiem jak oni to robią, podejrzewam, że to efekt większej powierzchni - warszawskie zoo z podobnym zasobem zwierząt ma powierzchnię jedynie 40 hektarów (w Toronto jest to 287)

Trochę liczb:
- ponad 5 tysięcy zwierząt (w tym sporo młodych)
- 10 kilometrów ścieżek (nam wyszło ok. 14km według krokomierza)
- powierzchnia 287 hektarów
- jedno z największych zoo na świecie


Moja rada - zwiedzania zoo nie łączyć już z żadnymi innymi atrakcjami - to jedne miejsce zdecydowanie wystarczy na cały dzień.

Bilety w sezonie letnim:
dzieci 3-12: $18
seniorzy 65+: $23
dorośli 13-24: $28





















piątek, 1 lipca 2016

Koniec Kindergarten i Canada Day

Wczoraj Syn miał ostatni dzień przedszkola. Trudno uwierzyć, że to już... w nowym roku szkolnym czeka nas nowy nauczyciel, klasa szkolna i zasady nauki. Na szczęście dzieci już znajome, co znacznie ułatwi start.
Szczerze mówiąc sądziłam, że prezenty i kwiaty na zakończenie roku to typowo polski obyczaj - myliłam się - prezenty w postaci drobnych upominków i gift cards są jak najbardziej na porządku dziennym. Jedynie kwiatów nie zaobserwowałam.
To, czego mi szkoda z polskiej szkoły to uroczyste zakończenie z występami dzieci. W naszej szkole niestety dzieci po prostu skończyły godzinę wcześniej, już bez uniformów i tyle...
Dzień wcześniej Syn przyniósł całą swoją twórczość artystyczno - manualną do domu, papierowy album z podsumowaniem roku robiony przez nauczycielki i kilka innych pamiątek.
Czekamy teraz do 7.IX, czyli rozpoczęcia first grade.

A dziś w Kanadzie - Kanada Day. Obchodzone 1 lipca święto państwowe jest dniem wolnym od pracy. Świętujemy rocznicę utworzenia przez cztery kolonie brytyjskie (Ontario, Quebec, Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik) Dominium Kanady, co dało oficjalny początek Kanadzie jako państwu.
Organizowane są festyny, darmowe events, koncerty i to na co wszyscy czekają - pokazy sztucznych ogni. Musze dodać, że robią wrażenie - zwłaszcza z akompaniamentem orkiestry symfonicznej na żywo. My w tym roku urządziliśmy sobie obserwatorium na balkonie, by zachować siły na jutrzejsze zwiedzanie Toronto - relacja niebawem.
Happy Canada Day!

piątek, 10 czerwca 2016

2 lata...

10 czerwca wylądowaliśmy w Toronto. Dwa lata temu.
Przechodziliśmy przez różne etapy, emocje i rozterki. Były trudności, wielkie niewiadome, niepewności i pytania z cyklu "i co teraz?".

Kilkakrotnie przemodelowaliśmy naszą rodzinę, dostosowując obowiązki do warunków, głównie podyktowanych przez pracę.
Podjęliśmy ryzyko wzięcia nowego auta w leasing trwający 5 lat. To długie zobowiązanie. W zasadzie była to decyzja zastępcza w odpowiedzi na pytanie, czy zostajemy.
Zostajemy.

Po tych dwóch latach wiem jedno - trzeba dużo pokory. Nie raz człowiek zęby zaciskał, bo w Polsce robiło się coś tak, a tu zupełnie nie mają o tym pojęcia.
Wszystko trzeba sprawdzać, uczyć się na nowo, dowiadywać i przyzwyczajać.
Kanada ciągle zaskakuje. Jeden krok do przodu wywołuje kolejne pytania. Kiedy wydaje Ci się, że już! Już prawie rozgryzłeś ten system, nagle Bach! Okazuje się, że nie wiesz nic. I tak z każdym krokiem. Pocieszające jest to, że te kroki mają jakąś określoną liczbę. Kiedyś się skończą.

Przed nami kolejny krok, ale o tym za czas jakiś...

Trudności było, jest i pewnie jeszcze będzie wiele. Daleko nam jednak do masochistów! Radości też mamy wiele. Trzeba zadbać o ten balans. Tydzień mamy wypełniony pracą, szkołą i obowiązkami rodzinnymi. W weekend za to staramy się gdzieś wybyć z domu. Tyle tu pięknych miejsc - czasami nie wiadomo co wybrać. Teraz sezon letni, zaczną się festiwale - znowu będą dylematy gdzie pójść tym razem, bo często coś na siebie się nakłada.

Rodziny i znajomych trochę brak... tu niezawodnym sprzymierzeńcem jest internet.

poniedziałek, 23 maja 2016

Victoria Day i Mount Nemo.

W Kanadzie cudnie ciepły, długi weekend.
Ku chwale królowej Wiktorii!
A my, mamy wolny poniedziałek - syn od szkoły, my od pracy. Majowe słońce, świeżutka zieleń, dymy unoszące się z grillów i fajerwerki.
Pierwszy, prawdziwie letni tydzień - ulice ożyły, kawiarniane ogródki pełne, nad jeziorek tłoczno. Taki odpowiednik Polskiej majówki.


My spędziliśmy jeden dzień na zdobyciu wapiennej góry Mount Nemo - góra, to w sumie może zbyt szumne słowo. To raczej zorganizowany park - las z wyznaczonymi trasami wzdłuż "klifu" tudzież urwiska, skąd roztacza się widok na Burlington, Mississauga i Toronto. Przy dobrej pogodzie bez trudu można zobaczyć CN Tower wraz z całym Downtown. Dla odważniejszych możliwość wspinaczki przy użyciu lin i własnego osprzętu.
My skupiliśmy się na podziwianiu natury - piękne, duże ptaki - Turkey Vultures (sępnik różowogłowy), cała masa malutkich chipmunks - pręgowców hasających sobie po ściółce leśnej czy kwiatów, których niestety nie znam.

Ceny biletów wstępu:
Dorośli - $6,75
Dzieci 5-14 - $5
Dzieci poniżej 4 - za darmo

Psy mile widziane.


wtorek, 26 kwietnia 2016

Formalności papierkowe

Wraz z zakorzenianiem się w Kanadyjskiej ziemi, zdobywamy kolejne levele wtajemniczenia. I tak, co krok, to coś nowego.
By cokolwiek załatwić związanego z finansami, np zmienić mieszkanie, aplikować na kartę kredytową, wziąć kredyt na auto/dom,  trzeba wykazać się dochodami. Nie byłoby to takie uciążliwe, gdyby wystarczyło np. ostatnie T4 (rozliczenie podatkowe, odpowiednik Polskiego PIT), ale nie! Tu trzeba najczęściej najbardziej aktualny pay check/pay stub z pracy i dodatkowo Letter of employment od pracodawcy, w którym to pracodawca wylicza dokładnie ile dni, ile godzin i za ile delikwent pracuje - też ze świeżutką datą. Sprawa się komplikuje, gdy aplikujemy na przykład o apartment jako para/małżeństwo - wówczas potrzeba od każdego człowieka z osobna tychże dokumentów. Bez tego nie pójdzie. Czasami, pomimo tych dokumentów, potrafią jeszcze do pracodawcy zadzwonić i poprosić o potwierdzenie czy nic się nie zmieniło od czasu wystawienia. Ogólnie to tu lubią dzwonić, chociaż mam wrażenie, że czasami bardziej preferują zostawianie info na poczcie głosowej... do czego ja znowu nie potrafię się przyzwyczaić.
Biedni ci pracodawcy i supervisorzy - cały czas coś ktoś od nich chce.
Zwykle nie ma żadnych problemów z uzyskaniem takich papierów, aczkolwiek dla mnie jest to nieco krępujące - zwłaszcza kiedy załatwiasz kilka spraw w krótkim czasie, ale na tyle długim, że poprzednie papiery się zdezaktualizowały, bo twój last pay stub nie jest już tym ostatnim, bo minęły 2 tygodnie od jego wystawienia....

wtorek, 12 kwietnia 2016

Waterloo Region Museum

Posiadanie auta niesamowicie poszerza horyzont.
W związku z powyższym, zataczamy coraz szersze kręgi - trafiliśmy do Waterloo.
Miasteczko bardzo sympatyczne, z jeszcze fajniejszym muzeum. Kolorowy budynek łączący nowoczesność z historią, przyciąga wzrok. Główna myśl przewodnia tego miejsca to podróż w czasie - cofamy się do lat, gdzie Waterloo i Kitchener były małymi mieścinkami. Bogactwo map, wizualizacji, fotografii, sprzętów naszych dziadków i prawdziwa zabudowa miejsko - wiejska pozwalają niemal poczuć na własnej skórze upływ czasu. Wizyta w tym muzeum to niezwykła opowieść o pierwszych osadnikach, emigrantach z Europy ale także o ludziach którzy od lat zamieszkiwali te tereny - First Nations, czyli tzw. Pierwsi Ludzie (w Kanadzie według tutejszej poprawności politycznej nie powinno używać się słowa Indianie, a własnie "First Nations").

Muzeum duże, dobrze zorganizowane, jest także fajna sekcja dla dzieci opowiadająca o lokalnej faunie i florze.
Warto wybrać się tam dopiero po 1 Maja, ponieważ dopiero wtedy jest dostępne zwiedzanie części zewnętrznej - domów z okolic lat 1914.

Ceny biletów:
Dorośli - $10
Dzieci 5-12 lat - $5
Seniorzy i młodzież - $8

Bardzo polecamy - jedno z fajniejszych muzeów. Warto zobaczyć



















poniedziałek, 28 marca 2016

Easter

Dzień przed Wielkanocą wybraliśmy się do okolicznej farmy - dziecko mamy, więc trzeba zapewnić jakieś atrakcje na okoliczność świąt. Wybór bardzo trafny - mimo płatnego wstępu ($12 od osoby), wiele atrakcji - egg hunt, wiejskie zwierzątka, w tym wiele maluszków tegorocznych, przejażdżka przyczepką, punkt widokowy, kucyki, atrakcje sprawnościowe dla dzieciaków, puppet show i sklepik z różnościami. 
Pełen parking samochodów, pełno dzieci i jeszcze więcej zabawy. Farmę odwiedzimy jeszcze nie raz, bo atrakcji cała moc okrągły rok. 
Swoją drogą, ciekawy sposób na biznes - w Polce nie spotkałam się z takim zagospodarowaniem wiejskiego obejścia, które może przynosić całkiem niezły dodatkowy dochód.












poniedziałek, 29 lutego 2016

Aby język giętki powiedział wszystko...

Mogę się założyć, że niejedna osoba stająca w obliczu emigracji miała zagwozdkę w temacie języka. Obcego.
I słusznie!
Jak już się zdecydujemy na ten wielki krok, wybierzemy Ziemię Obiecaną, spakujemy nasz dobytek w dwie walizki to wypadałoby się jakoś przywitać... . I tu się robi problem, bo często wyobrażenie o naszych niesamowitych zdolnościach językowych topnieje jak kanadyjskie lody w lipcu. Jakoś inaczej gadają niż w podręcznikach w szkole, wyrazy skracają, jakieś slangi, akcent to już w ogóle... kto ich uczył?! Życie! Język ewoluuje, żyje, zmienia się cały czas, dostosowuje do dzisiejszej daty i stylu życia - nie ma możliwości, by nauczyć się tego z książek. W polskich szkołach dowiemy się, jak poprawnie budować składnie zdania, jak stosować czasy, poznamy idiomy przy odrobinie szczęścia, może nawet nauczą nas pisać resume i eseje, ale w dalszym ciągu będzie to język nieco sztuczny, podręcznikowy.
Dodam jeszcze, że w Polsce uczą British English, a o angielskim z Ameryki Północnej jedynie wspominają - a różnic w słówkach sporo, w gramatyce też nieco.
To co, czyli nie przejmować się językiem i lecieć mimo tego? Też nie do końca. Podstawy należy znać bezdyskusyjnie. Im więcej nauczymy się w Polsce, tym łatwiej będzie nam w Kanadzie na starcie - a start będzie dość istotny i bardzo wymagający. Załatwić na samym początku trzeba dużo - jakieś mieszkanko, internet, konto w banku, family doctor, SIN i przede wszystkim praca.
Plus taki, że Kanadyjczycy są bardzo wyrozumiali i cierpliwi, kiedy widzą, żeś nowiutki i zielony jak trawka na wiosnę, to zwalniają, używają prostszego języka i da się dogadać.

To co robić, by się nauczyć tego żywego języka? Słuchać, słuchać i słuchać! Telewizja, radio, gazety, jak nie dajesz rady, to zacznij od bajek dla dzieci - tam zwykle mówią trochę wolniej, więc łatwiej załapać. Fajna metoda na naukę melodii języka to śpiewanie - śpiewaj ile wlezie!
Wyjdź do ludzi - tu Kanadyjczycy lubują się w small-talk, który słychać bardzo często. Nie chowaj się, zagadaj, nawet najprostsze zdanie o pogodzie będzie krokiem naprzód.
Sporo ludzi ma w sobie też barierę przed mówieniem, bo boi się, że powie coś błędnie - a jak powiesz coś niegramotnie, to co? Głowę ktoś urwie? No nie! Świat będzie kręcił się nadal. Tu sporo złej roboty robią Polscy nauczyciele w szkołach - głównie skupiają się na błędach swoich uczniów, więc efekt jest jaki jest - boimy się mówić, bo boimy się oceny.

Coś na pocieszenie - im więcej będziemy aktywnie przebywać w środowisku anglojęzycznym, tym szybciej staniemy się komunikatywni. Jeśli jesteśmy na etapie szukania pracy - nie kierujmy się tym, że są/nie ma tam Polaków. Licz na siebie. Z Polakami spotkasz się po pracy w weekend. Z mojego i męża doświadczenia wynika, że na ogarnięcie słownictwa w pracy wystarczy plus/minus miesiąc - później jest szlifowanie. Google translator Twoim przyjacielem... .

Jest jeszcze kwestia dwujęzyczności, bo jak wiemy, drugim oficjalnym językiem w Kanadzie jest francuski. Wygląda w praktyce to tak, że francuski występuje głównie w pismach urzędowych - dostajesz dokument w dwóch wersjach językowych. Poza tym, wszelkie produkty spożywcze, instrukcje obsługi, regulaminy i inne, są również w dwóch językach. I w zasadzie na tym koniec... . Sprawa jedynie wygląda inaczej w Quebec - tam ten język słychać na ulicy - tak mówią, bo osobiście jeszcze tam nie byliśmy.









poniedziałek, 15 lutego 2016

Family Day

Dziś jeszcze jedno święto w Ontario - Family Day.
Jak nazwa wskazuje, poświęcone rodzinie i tak też rodzinnie obchodzone.
Plus tego święta taki, że zdecydowana większość ludzi ma dziś wolne od pracy, a Ci, co jednak muszą, mają płatne w zależności od pracodawcy 1,5x bądź 2,5x dniówki.

W Kanadzie czuć już tęsknotę za wiosną... tym bardziej, że ostatnie kilka dni było dość mroźnych - około -15 w dzień do -25 w nocy. Jeszcze trochę...


wtorek, 9 lutego 2016

Pancake Day!

Dziś w Kanadzie (i nie tylko) słodki dzień - Pancake Day, albo inaczej - Shrove Tuesday.
W przeddzień Środy Popielcowej (Ash Wednesday) Kanadyjczycy zajadają się puszystymi naleśnikami polanymi a jakże - syropem klonowym!
Kanadyjskie naleśniki różnią się od tych naszych Polskich tym, że są bardziej napuszone, robi się je z dodatkiem drożdży i są mniejsze. Układa się je w stosik, polewa syropem, niektórzy dodają kosteczkę masła, inni świeże owoce. Całkiem apetycznie to wygląda. Jest też opcja dla leniwych - można kupić w sklepach już gotowe zamrożone, albo dla nieco bardziej ambitnych leniwców - gotowy mix do usmażenia.

Nasz Polski Tłusty Czwartek uczciliśmy tradycyjnie - własnoręcznie zrobionymi pączkami z wiśnią. Cała kuchnia w mące, ale warto było. Wersja tutejsza jednak niewiele ma wspólnego z dobrym pączkiem :)
A, naleśniki też dziś robiłam :)

wtorek, 2 lutego 2016

Groundhog Day

2 lutego Ameryka Północna przewiduje jak długo jeszcze będzie używała zimowego osprzętu.
Wywabia się w tym celu świszcza (tak, świszcza - nie świstaka) z norki i sprawdza cień, tudzież jego brak. Jeśli świszcz zobaczy swój cień - zimy będzie jeszcze 6 tygodni. Jeśli nie - to tu bardziej optymistyczna wersja - wiosna nadchodzi!
W tym roku, najpopularniejszy świszcz Phil z USA był łaskawy nie zobaczyć swojego cienia. Czekamy zatem na wiosnę.
Muszę przyznać, że w tym roku zima w porównaniu do poprzedniej jest wyjątkowo łagodna. Nic a nic nie tęsknię za mrozami...

piątek, 1 stycznia 2016

Pierwszy dzień Nowego Roku

W porannych pieleszach jeszcze będąc, pytamy naszego Pierworodnego co ma ochotę dziś robić.
Odpowiedź była całkiem precyzyjna i stanowcza jak na prawie sześciolatka - mumie chciałby zobaczyć... .Gdzie tu najbliższe mumie? W Royal Ontario Muzeum kilka się uchowało. Szybkie wejście na stronę www, bilety dwa adult, one child, drukareczka  i gotowe. I dokładnie 5 minut po zabraniu wydrukowanych biletów sypnęło śniegiem tak, że za oknem jedynie co było widać to biel. "O... no to pojechaliśmy do Toronto..." To, że pogoda zmienna jest tu bardzo, to nic nowego, więc 20 minut później powietrze przejrzyste jak łza. Świetnie. Jedziemy. Zaparkowaliśmy na całkiem miłym parkingu podziemnym i z myślą, że o 11 rano w Nowy Rok to raczej pustki będą, zadowoleni ruszyliśmy na zwiedzanie. Oj, myliliśmy się bardzo... - tłumy! Tłumy tam były - całe rodziny z dziećmi i seniorami, kto żyw na zwiedzanie! W drodze do muzeum uświadomiliśmy sobie, że w sumie to pewnie nie ostatni raz jedziemy do tego miejsca (boskie jest!), więc taniej wyniesie nas family membership ($149 dla 2 dorosłych + 4 dzieci) niż kupowanie pojedynczych biletów ($83 za naszą trójkę na wszystkie wystawy). Na szczęście tu frontem do klienta, więc szybka zamiana i gotowe! Dodatkowo mamy profity w postaci zniżki do bufetu, sklepiku z pamiątkami, wolny wstęp na wszystkie wystawy czasowe, darmowy wstęp do kilku muzeów na terenie Kanady i zniżki okazjonalne.
Zobaczyliśmy wszystko to, czego nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem i oczywiście mumie. Sztuk trzy, całkiem ładnie zachowane, w eleganckich sarkofagach. Fajnie. Młody zachwycony, stwierdził tylko, że są trochę spooky, co dodało im +10 do fajności.
Posileni w muzealnym bufecie (całkiem przyzwoite jedzenie z dość szerokim wyborem zup, sałat, kanapek na ciepło i tradycyjnych burgerów) wróciliśmy do domu.

Przed nami kolejny rok, z kilkoma planami do spełnienia. Będzie pracowicie. Niech się dzieje!
I Wam, niech też się dobrze los układa.