sobota, 30 sierpnia 2014

Koty na emigracji, czyli o opiece weterynaryjnej w Kanadzie

Tajemnicą żadną nie jest, że przytargaliśmy ze sobą 3 koty. Niektórzy pytali, czy w tej Kanadzie to już kotów nie ma, że je z Polski musimy wieźć. No nie. Takich jak nasze, to nigdzie nie ma.
Jak to z inwentarzem bywa, niekiedy zaczyna chorować. Chorować kot zaczął już w Polsce, od około 1,5 roku. Na dzień przed wylotem dowiedzieliśmy się, że łapę całą, pod samo biodro trzeba amputować i kota najlepiej zostawić w Polsce. Burza mózgów = kot jedzie z nami. Wszyscy to wszyscy.
W drugim tygodniu naszej emigracji odwiedziłam najbliższą przychodnię weterynaryjną i umówiłam się na wizytę za kilka dni.
Jesteśmy. Recepcjonistka spisała adres, nr. telefonu, dane o kocie i cel wizyty, zaprowadziła do małego gabineciku gdzie kazała poczekać na lekarza. Przyszła młodziutka pani doktor, przedstawiła się i spytała ponownie o cel wizyty. To jej mówię od początku co i jak, że generalnie to nogę kotu chcieli ucinać, ale nie daliśmy, wręczyłam pani cały plik kocich badań i historii chorób - po polsku niestety, ale pani się tym specjalnie nie przejęła, bo stwierdziła, że na pewno ktoś się znajdzie z językiem polskim kto to przetłumaczy albo wśród jej znajomych, albo znajomych znajomych. Tym lepiej dla nas.
Wetka zdecydowanie odmówiła ucinania łapy bez badań i próby ratowania kota.
Standardowa wizyta u weta wygląda tak: ważenie, badanie palpacyjne całego kota, zaglądanie w oczy i uszy, mierzenie temperatury (po uprzednim spytaniu o moją zgodę na mierzenie pod ogonem), wywiad na temat jedzenia i kuwety.
Wizyt mieliśmy nie wiem ile... po drodze przyplątały się jeszcze jakieś kryształy w moczu (kot nam się przytkał), co wymagało jego pobytu w klinice na obserwacji i zbieraniu moczu do badań.
To co bardzo mi się podobało, to inicjatywa własna lekarza - byłam w stałym kontakcie mailowym i telefonicznym, więc o wszystko mogłam spytać. Dodatkowo lekarka konsultowała wyniki ze swoimi kolegami po fachu z różnych dziedzin, a mnie informowała tylko o poglądach innych, bo wynik biopsji którą kotu robiliśmy nie był jednoznaczny.
Leki jakie Rudolf dostawał były bardzo dokładnie opisane, każda fiolka z naklejką na której było rozpisane dawkowanie i dodatkowe uwagi.
Za każdym razem recepcjonistka kojarzyła mnie z imienia kota, więc nie było tłumaczeń kto ja i po co, bo to wszystko miała w systemie, łącznie z tym, jaką karmę kot powinien jeść.
Ogromnym minusem niestety są ceny...
Jadąc tu, wiedzieliśmy, że wet jest drogi. Nie spodziewaliśmy się, że aż tak.
Standardowa wizyta kota to $75. Wszystko co przy kocie jest robione dodatkowo, jest także dodatkowo płatne. Nie będę pisała ile wyniosło nas całkowite leczenie kota bo do tej pory jeszcze mi ta kwota przez usta/palce nie przechodzi, ale ogólnie pisząc - dużo. Mam nadzieję, że po kuracji antybiotykiem w końcu już wydobrzeje - nie jest jeszcze z łapą do końca idealnie, ale jest zdecydowanie lepiej niż przed przyjazdem do Kanady. Najważniejsze, że łapa uratowana.


Rudolf jeszcze w ochronnym kołnierzu, coby łapy nie rozlizywał

Wniosek taki, że jadąc tu ze zwierzakiem, bądź biorąc pod swoją opiekę już tutaj jakiegoś zwierzaka, trzeba mieć odłożone co najmniej $500 do skarbonki na niespodziewane leczenie. Bez tej kwoty niewiele uda się zrobić, niestety.

4 komentarze:

  1. Aniu, a nie mysleliscie o ubezpieczeniu dla zwierzat ?
    Nie wiem jakiego rzedu sa to stawki, ale moze warto sie zorientowac.
    Pozdrawiam lili

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba czas pomyśleć i poszukać czegoś sensownego... inaczej zbankrutować można, jeśli chce się leczyć zwierzaka z czegoś poważniejszego. Piszę całkiem serio.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam, chcielibyśmy z mężem wyemigrować do Kanady razem z naszymi dwoma kocurkami i przypadkiem trafiłam na Państwa blog. Czy mogłabym się z Państwem jakoś skontaktować, aby zadać parę pytań dot. emigracji z kotami do Kanady? Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście - pisz na lempicka.anna@gmail.com

      Usuń