piątek, 30 czerwca 2017

Żegnaj szkoło!

Pamiętam z mojego dzieciństwa bielusieńką, odprasowaną koszulę, czarną spódniczkę i rajstopki przygotowane już dzień wcześniej, by na następny dzień już tylko się ubrać, uczesać i iść na ostatni dzień roku szkolnego. Uroczysty apel, rozdanie świadectw w klasach, kwiatek nauczycielowi i do domu, byle szybciej rozpocząć wakacje.
I przyznam, że mi tej odświętności tu w Kanadzie trochę brakuje. Dwa ostatnie dni szkoła odpuszcza dzieciakom mundurki i mogą chodzić w zwykłych ubraniach, świadectwo (a raczej coś w rodzaju raportu) dzieci dostają już kilka dni wcześniej w formie dwóch kartek i to wszystko... . Ach no i upominki - dawane w dwie strony - Syn w tym roku poszedł z trzema torebeczkami wypełnionymi "thank you card" i słodkim drobiazgiem a przyniósł - malutką roslinkę domową, torebkę wypełniona notesikami, gumkami do ścierania, ołówkami i jakimis drobiazgami, książeczką do czytania opakowaną w papier z naklejonym zdjęciem Syna z pierwszego dnia grade 1 i calutki segregator prac szkolnych.
No i już... daliśmy radę. To w sumie trzeci rok w Kanadyjskiej szkole - coraz lepiej, ale wciąż dużo brakuje do pełnego zapoznania się z tutejszym systemem.

Happy summer guys!

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Szpital pediatryczny

Stało się tak, że z niespełna dwumiesięcznym dzieckiem wylądowaliśmy w szpitalu. 14 dni w kompletnie nieznanym środowisku i obyczajach.

Wysoka gorączka, brak apetytu, marudny, zaczyna przelewać się przez ręce. No to szybka decyzja - jedziemy do najbliższego szpitala ogólnego czy trochę dalej, dzieciowego - wybór padł na ten w sąsiednim mieście - McMaster Children's Hospital. Łatwe do odnalezienia Emergency, parking podziemny i pędem do rejestracji - tam pytanie o powód wizyty, okazanie papierka z SIN'em i poczekalnia. Na szczęście prawie pusto - kilka osób przed nami. Mimo tego, takie przypadki jak nasz - kilkutygodniowe dziecko z wysoką gorączką i brak innych objawów, dostają priorytet, więc weszliśmy do gabinetu poza kolejnością.
Gabinet mieści się w zasadzie w poczekalni - ma na celu wstępną ocenę stanu zdrowia (wywiad, temperatura i waga ciała, ciśnienie, saturacja, puls) i kwalifikację do dalszego postępowania. Tu też dają małym pacjentom opaski na rączkę - jedną z wagą, drugą z kodem, imieniem i nazwiskiem. Po przejściu przez ten pokój ponownie czeka się w poczekalni na przyjęcie do dalszych badań, jeśli potrzebne.
My, jako że priorytet, poszliśmy od razu dalej, na oddział, który był podzielony na malutkie jednoosobowe  pokoiki z łóżkami. Tam zaraz zjawił się lekarz rezydent z pielęgniarką - ponowny, szczegółowy wywiad. Opis co będa robić i wyjasnienie na moje wielkie oczy, dlaczego - okazało się, że w takich przypadkach robią standardowy komplet badań - pobierają krew, mocz i płyn mózgowo rdzeniowy. Popodpinali to małe ciałko do kabelków i monitoringów, zjawiła się IV nurse do podłączenia kroplówki (nie miałam świadomości, że dziecko może się w ciągu kilku godzin tak odwodnić!) i zaczęli pobierać wszystko co musieli. Rodzic oczywiście mógł być cały czas z dzieckiem, co też uskuteczniałam. Oj. Ciężko było. Łzy grochy i moje i Małego.
Już na wstępie było wiadomo, że w szpitalu musimy zostać co najmniej 3 dni, bo tyle trwa obserwacja i hodowla ewentualnych bakterii w płynach. Ogólnie pobyt okazał się dłuższy - najpierw wydłużyli nam do 10 dni, a ostatecznie do 14.
Po około 20 minutach przyszły pierwsze wyniki - okazało się, że to infekcja pęcherza nas tak załatwiła - później okaże się jeszcze, że złośliwa bakteria zdążyła dostać się do układu krwionośnego, przez co wydłużono antybiotykoterapię.
Po tych wynikach, przeniesiono nas na oddział, do 4 stanowiskowego pokoju. Każde stanowisko było można oddzielić od reszty kurtynami by zapewnić jakąś prywatność, co bardzo się przydaje przy dłuższych pobytach. Przy łóżkach są rozkładane fotele na których można spać, do tego dostajemy jako opiekunowie poduszkę, koc i prześcieradło. Dziecko dostało miseczkę do mycia, komplet ręczników małych i dużych, paczkę Pampersów i jako, że dokarmiałam mieszanką mleczną, dostaliśmy gotowe do użycia mleko w słoiczkach jednorazowych ze smoczkami. TV i zlew z szafką był całkiem miłym dodatkiem. Dodatkowo można było sobie wykupić dostęp do Wi-Fi.
I utknęliśmy w takich warunkach na dwa tygodnie.
Przez pierwsze 3 dni były całe korowody pielęgniarek, lekarzy junior i senior rezydentów, lekarzy nadzorujących i nawet jakiś pracownik socjalny się trafił zapytać, jak sobie radzimy z tym pobytem jako rodzina.
A później zaczęła się nuda...
Nuda przerywana badaniami najpierw co 4, później 6 a w końcu 12 godzin. - tzw. vital check - czyli sprawdzenie temperatury, stanu wkłucia wenflonu, heart rate, wagi ciała, stanu nawodnienia i ogólnego samopoczucia.
Ogólnie, choć nie zazdroszczę pobytu dzieciom, to warunki mają fajne - młodsze dzieci (te niezakaźne) mają specjalną salę zabaw z mnóstwem zabawek i gier, a starsze oddzielny pokój z ogromnym TV i konsolami gier (wybaczcie, kompletnie na tym się nie znam, więc nie pamiętam co to było, ale mąż zazdrościł :) ), filmami DVD i biblioteczką z książkami. Dla dzieci i młodzieży unieruchomionej w łóżkach, wolontariusze donosili wszystko na życzenie.
Właśnie - wolontariat. Jestem przeogromnie wdzięczna! W szpitalu działa cały system pomocy - rano i po południu przychodzi ktoś nadzorujący i pyta o zapotrzebowanie. Na początku się krępowałam poprosić, bo to człowiek nie nawykły do takich akcji, ale uwierzcie mi, po 5 dniach już dokładnie wiesz, czego potrzebujesz i nieśmiałość idzie w kąt, kiedy po prostu musisz na chwilę odetchnąć od bycia przy szpitalnym łóżku 24h na dobę. Była to dobra okazja by zejść na dół do szpitalnej stołówki i kupić sobie coś do jedzenia, wziąć prysznic czy po prostu wyjść na zewnątrz i posiedzieć na ławeczce. Szczerze przyznam, że teraz o wiele chętniej wrzucam coś do skrzyneczek fundacji Ronald McDonald - dostarczają rodzicom i opiekunom darmową kawę, herbatę i drobne przekąski za darmo. Jak taki ciepły kubek może wesprzeć rodzica po nieprzespanej nocy wpatrującego się w monitor aktywności serca dziecka to wie tylko ten rodzic...

Minusem dla mnie jako rodzica, był tylko jeden prysznic na oddział - tzw. family room, z mocno letnią wodą i często zajęty. Dzieci miały oddzielne toalety - jedna dla zakaźnych, druga dla reszty.
Drugim minusem było to, że z racji sezonu wirusowego potrafili przywieźć na salę dziecko z biegunką i wymiotami a na moje pytanie, czy aby moje dziecko jest bezpieczne odpowiedź brzmiała, że oczywiście, bo zamykam kurtyny no i przecież pielęgniarki zakładają do takiego dziecka odzież ochronną z okularkami i rękawiczkami jednorazowymi i ją zdejmują zaraz po wizycie. No niby fakt, ale ja jednak coś podłapałam pod koniec pobytu, co fajne nie było... to chyba w zasadzie największy minus w tym szpitalu.
A'propo szpitalnego menu dla dzieci - pewnie dla niejednego rodzica jest dużym minusem - moje dziecię było jeszcze za małe, ale słyszałam propozycje dla moich małych sąsiadów - a w menu obiadowym: fish & chips, burgers, hot - dogs, mini pizza, mac & cheese, jakaś zupa + desery owocowe i muffin. Kiedy sąsiadką była mała Hinduska, słyszałam, że dostawała jakieś posiłki specjalne dostosowane do jej diety, więc może było jeszcze coś poza tym, a pielęgniarka czytała jedynie to co najpopularniejsze w dietach - nie wiem.

Plusem w tym szpitalu był dla mnie brak klasycznych obchodów lekarskich, jakie się praktykuje w Polskich szpitalach. Dokładniej pisząc, wizyty lekarskie oczywiście były - w dogodnym czasie dla mnie - tzn. kiedy np. karmiłam dziecko lekarz mówiła, żebym się nie spieszyła, bo nie będzie to dla niej problem, by wpaść za 20 minut. I tak też było. Pamiętam te polskie obchody, gdzie łóżko musiało być zaścielone, wszystko pochowane i pacjent gotowy na zawołanie czekający na łóżku bo dochtory idą z wianuszkiem pielęgniarek, z czego jedna jako przedskoczek wbiegała do sali z okrzykiem "doktor zaraz będzie! Przygotować się!". Tu rozwiązują to inaczej - raz dziennie jest lekarz rezydent, który konsultuje wszystko z lekarzem nadzorującym (rezydent, bo byliśmy w szpitalu uniwersyteckim) i raz na jakiś czas (+ na prośbę) wizyta lekarza głównego. Bez stresu i zbędnych formalności.

Wypis ze szpitala bardzo sprawny - do sali przyniesiono nam papierki, daty badań i wizyty u pediatry. Pouczono nas, że w razie jakichkolwiek niepewności mamy zgłaszać się na emergency no i tyle.

Ufff... mimo tego, że warunki były całkiem dobre to mam nadzieję, że to był ostatni nasz pobyt w szpitalu. Tyle stresu co tam zostawiłam, to wystarczyłoby na kilka lat.





czwartek, 20 kwietnia 2017

Wspomnienie lata - camping!

W ramach wspomnień wakacyjnych, opowiem Wam dziś o dość popularnej rozrywce w Kanadzie - camping. Miejsc do wyboru i do koloru - po wpisaniu w wyszukiwarkę internetową słowa "camping" wyświetli nam się cała masa możliwych miejsc do obozowania - nad jeziorami, których tu nie brak, nad rzeką, w lesie i w parkach. Sezon zwykle zaczyna się w maju, więc jeśli ktoś planuje taką formę wypoczynku w wakacje, to warto rozglądać się już teraz za odpowiednim miejscem.

Zwykle w obrębie jednego dużego campingu, mamy podziały na nieco mniejsze - na te np. bez zwierząt, radia czy dedykowane dzieciom. Są też pola z/bez dostępu do elektryczności czy wody.
No właśnie - jak takie poletko wygląda? Z Polski pamiętam, ze zwykle pole namiotowe to był kawał skoszonej łąki nad jeziorem, z toi-tojką i czymś na kształt prysznica. Namioty w szeregu, jeden obok drugiego, by pomieścić jak najwięcej. Tu to inaczej wygląda - jeśli wejdziemy na jakąkolwiek stronę www, to zobaczymy mapę z pooznaczanymi udogodnieniami i rozkładem konkretnych poletek - każde ma swój numer i opis - jakie podłoże, stopień nasłonecznienia, czy ma dostęp do prądu i wody. Na takim polu mamy dostęp do tzw. fire pit - jest to miejsce przeznaczone do rozpalenia ogniska - może niezbyt estetyczne, ale całkiem użyteczne - skonstruowane jest tak, że nad paleniskiem jest coś na kształt grilla, na którym można coś ugotować czy usmażyć. W pakiecie dostaniemy też stolik piknikowy, więc ogólnie mówiąc, baza jest całkiem przyjemna. Poletko jest na tyle duże, że spokojnie można postawić na nim auto + 6 osobowy namiot i miejsca zostanie aż nadto. 
W obrębie całego campingu zwykle mamy jeszcze punkt z prysznicami jednoosobowymi, WC, pralnię i aneks kuchenny do użytku ogólnego. Cała reszta jest w zależności od specyfiki danego miejsca - często są pola do mini golfa, place zabaw, mini zoo itp.

My, z racji tego, że był to debiut naszego 6 letniego syna, zdecydowaliśmy się na trzydniowy pobyt w Point Farms Provincial Parks. Zorganizowaliśmy się dość późno, więc zarezerwowaliśmy, to co było w dostępnym dla nas czasie. 
Finansowo jest to chyba jedna z najtańszych form wypoczynku pod warunkiem, że mamy już sprzęt biwakowy. Cena za dobę to zwykle ok. $35 - $45 za poletko. Niestety cena wejścia w ten biznes jest dość spora - my kupując wszystko od zera, wydaliśmy na 3 osoby około $1.100 i były to rzeczy z tych tańszych - spory namiot, materace dmuchane, śpiwory, oświetlenie, lodówka przenośna na wkłady itp. Plus taki, że w nadchodzącym sezonie dokupimy tylko sprzęt dla najmłodszego członka rodziny i jesteśmy gotowi. 
Tak patrząc z boku, to nasze poletko wyglądało dość skromnie w porównaniu do innych - widać było, że niektórzy campingują całe tygodnie budując w zasadzie niezły apartament - krzesła, stoły, parawany, oddzielny namiot do gotowania z siatki na komary i oddzielny do jedzenia.

Nam podobało się bardzo i w zasadzie już teraz myślimy nad powtórzeniem biwakowania - mamy na oku kilka miejsc, z czego jedno wygląda super.

Poniżej wklejam fotki z naszego campingu: